Nowe recenzje
RECENZJE I OPINIE O WIERSZACH Z TOMU „ESKALACJE” (Gniezno 2011)
—
Nie jest trudno stanąć nad przepaścią. Ale porwać ją do tańca – to już prawdziwa sztuka. Krzysztof Ciemnołoński tworzy obrazy z pogranicza jawy i snu, umiejętnie balansując między faktem i mitem, między powagą i żartem czy wreszcie między konkretem i abstrakcją. Gładko i lekko przechodzi od obserwacji do rewelacji, a każde spostrzeżenie ubiera w połyskliwy, niepokojący strój. I jeśli w dzisiejszej poezji wyobraźnia rzeczywiście pozwala sobie na coraz większą śmiałość, to w najnowszym tomie wierszy warszawskiego poety mamy już do czynienia z jej prawdziwą eskalacją.
Marcin Orliński (blurb z okładki)
—————–
„Betonowy ogród”
Istnieją poetyki, które definiują się same, i to możliwie lakonicznie, bo za pomocą trzech czy czterech słów. W przypadku Tadeusza Peipera było to równanie (po matematycznemu właśnie zapisane) człowiek = ptak z węgla. Krzysztof Ciemnołoński widocznie dobrze przyswoił sobie tę lekcję, skoro jego analogiczna konstrukcja brzmi podobnie: beton mech miasta. Że zaś przyswojenie nie może być powtórką, dokładną kalką, to wersja Ciemnołońskiego wprowadza zasadnicze korekty do optymistycznej wizji industrialnej rzeczywistości: miasto wprawdzie pozostaje, lecz masa jest raczej bioaktywnymi odpadami niż tłumem, miejsce maszyny zajmuje zaś wciąż zagrożony organizm (kapitalny jest na przykład stechnicyzowany opis zdjęcia płodu w wierszu prenatalny). Jednym słowem świat tej poezji bliższy jest mrokowi wczesnych utworów Jasieńskiego niż elektrycznemu oświetleniu Peipera.
Różna jest także składnia. Ciemnołoński zagęszcza ją do granic możliwości, likwidując niemal wszelkie jej związki z zakończeniami wersów i jakiekolwiek wrażenie porządku. Daleko stąd do „zdania rozkwitającego”, blisko za to do chaosu i niepokoju, jaki wywołuje współczesna mieszanka organicznego i nieorganicznego, biologii i technologii:
kosiliśmy trawę w ogródku aż ziemia nabiegła mrówkami i dżdżownicami
w cienkiej warstwie nad garażem zakorzenił się beton ziarno
nieźle obrodziło w tym roku stworzymy własną platformę która poniesie
naszych bohaterów i historie w przestrzeń
Paradoksalną formę wypaczonych, współczesnych przestrzeni najlepiej oddają wierszefortepian chopina (którym okazuje się szkielet niedokończonego budynku) i nachtmusik z centrum handlowym przekształconym w kruchy, podwodny panopticon. Niewiele lepszy jest jednak warszawski Służew, przekształcony w jakieś jądro ciemności (drży ziemia ludzkie kopce mieszkalne / trwale weszły w krajobraz wcześniej / był tu pewnie indiański cmentarz). Elementami czarnej lokalnej legendy stają się zarówno Henryk Batuta (nieistniejący zbrodniarz wojenny wymyślony onegdaj przez internetowych wandali), jak i Beksiński (a zdzisław nie żyje bo rysował śmierć).
Są to obrazy bardzo niepokojące, lecz znacznie mocniej oddziałują na mnie dwa utwory niszczące utopijne przekonanie o istnieniu jakiejś mitycznej przestrzeni, gdzie można uciec ze sfery skażenia. Pierwszy to wiersz na setne urodziny claude’a levi-straussa, z drugiego – zatytułowanego kirgistan – przytoczę następujący fragment:
promieniowanie spisano na fladze
czterdzieści plemion jak imiona substancji
wiążących atomy z panelami jurty
zbieramy łamliwe serca żarówek jak chrust
i kości zwierząt w warstwach szkła startego
na lotny pył
W ogóle Ciemnołoński najlepszy jest chyba w zamykających tomik cyklach gruzja i urodzaje. Pierwszy z nich tropi znaki zniszczenia w przestrzeni maksymalnie obcej, zatem możliwie najbardziej podatnej na mitologizację. Fakt ten dobitnie pokazuje opór przeciw gotowym, „turystycznym” formom myślenia. I tu, nie w pojedynczych nawiązaniach, kryje się prawdziwe pokrewieństwo z Peiperem, zalecającym niegdyś „rozbijanie tworzydeł”. Drugi natomiast zdaje się wskazywać na kilka zagruzowanych wyjść z betonowego ogrodu, informując o momentach zawieszenia się opresyjnego systemu (trwa wygaszanie starych stacji radiowych / milkną paleniska albo reaktory bledną raporty), ludzkich odruchach obronnych, a wreszcie o tym, że
głębiej jest tylko nieskażona toń a w niej
kwitnie ciało bezpieczne jak nigdy.
———————
Wiersze Krzysztofa Ciemnołońskiego smakowałem jak dziewczynę za dyskoteką – stosunek przerywany. Schodziłem do piwnicy na pogawędki i wchodziłem do domu, by poczytać Ciemnołońskiego. Spociłem się przy tym, nadwyrężyłem system nerwowy, musiałem się nagadać, natłumaczyć. Tego dnia nikt nie miał ochoty na wiersze. Ja tylko skaleczony lekturą „Eskalacji” nie mogłem się powstrzymać, by nie posmakować jeszcze.
Książka podzielona jest na cztery rundy: Cykl roczny, Wycieczki, Gruzja, Urodzaje. Zaczyna się sensualistycznymi obrazami, w których dominuje atmosfera śmierci i rozkładu. Śmierć króluje w tym tomiku, jakby była ostatnią deską ratunku, ale nie wiem przed czym. Nie odniosłem jednak wrażenia, że ma ona mnie nastraszyć.
Śmierć wydaje się tu snuć nie tylko w sensie dosłownym, dotyczącym człowieka. To jakby koniec jakiejś drogi, pewnej cywilizacji, po której następuje kolejna. Miasto nie kończy się, ono jedynie zmienia miejsce.
Człowieka prześladują tu „niewidzialni wrogowie”, którzy czają się w kranach, rogach ulic, betonie. Poecie udaje się nie zanudzić poetyckimi obrazami. Tak pomyślał książkę, że w kolejnych rundach przechodzi do konkretów oddając szybkie nokautujące ciosy. Wymierza je w ludzi, którzy myślą, że żyć mogą sobie spokojnie, dalej zaśmiecać miejski krajobraz, wklejać się w Warszawę, przekazywać jej swój kod genetyczny pochodzący z różnych stron tego kraju miodem i mlekiem płynącego.
trwa wygaszanie starych stacji radiowych
milkną paleniska albo reaktory bledną raporty
szpiegów wbrew szyfrom pokręteł nadgryzionych
gałek numeryczne piski obcych na niskich
częstotliwościach nadawane nie wiadomo skąd
wieczorami dalekobieżne pociągi mkną w ramiona
srogich ziem gdzie na pewno istnieją nieznane
cywilizacje które w gardłach noszą wiatr
(Dalej)
Poruszająca jest też runda pt. „Gruzja”. Spalone domy, ruiny miast i zezwierzęceni ludzie (taka atmosfera). Poeta szuka uzasadnienia takich tragedii, a może nie szuka, może to tak się napisało, bo tak się pomyślało, tak jest?
kiedy widzi jak bomby spadają na gori jest w tym okrutna
sprawiedliwość dziejów płonie miasto które wydało na świat
stalina pomnik przy merii zaraz trafi szlag w pył obrócono
amerykańskie koszary w pobliżu propagandowy billboard
misza i bush w radosnym uścisku
Już ten fragment pozwala nam poznać specyficzną składnię autora. Mocne zagęszczenie, kombinacje ciosów, nie pozwalają na nabranie oddechu. Przerzutnie są bolesne jak trafienie w wątrobę. To czyni wiersze Krzysztofa Ciemnołońskiego potrawą, od której trudno się oderwać. Czytałem książę poety, który znalazł sposób na wiersze, na opisanie świata takim jakim go odczuwa. To nie jest partia szachów rozgrywana w ciszy pozwalającej na chłodną kalkulację. To prawdziwa walka, w której zawodnik często przestrzeliwuje ciosy, często obrywa, ale stoi nadal. Chyba nie bez kozery autor powołuje się w obrazowaniu ulicy na de Chirico, bo świat w książce „Eskalacje” nabiera surrealistycznego smaku. To jednak nie jest oczywiste. I za ten brak oczywistości podziękujmy poecie.
Marcin Włodarski (www.czytaniewpiwnicy.blogspot.com)
http://czytaniewpiwnicy.blogspot.com/2011/05/krzysztof-ciemnoonski-eskalacje.html
———————-
Poprzez wiersze Ciemnołońskiego mówi człowiek zurbanizowany, skolonizowany przez miasto, mechanicznie mu podporządkowany. A ono, zawieszone nad otchłanią, jawi się na tych stronicach jako sen-półsen, jako stan eskalującej nieprzytomności, wzbierającej maligny („koma kontra amok”). Podmiot większości tekstów, chłopiec o wyostrzonych zmysłach, powie że miasto/ oparte na kołach zębatek nieustannie zmienia/swoje położenie zacierając miejsca, które zaistniały// przed pierwszym grzbietem kulminacyjnej fali (tamże). Początkowo jego fascynacja dosyć proporcjonalnie miesza się z przerażeniem. Potem wyraźnie bierze górę przerażenie. Zwłaszcza, że spetryfikowana betonem przestrzeń częściej płoży się horyzontalnie albo schodzi w głąb fundamentów niźli śmiało, optymistycznie pnie się ku górze. Wtedy poeta zdaje już sobie sprawę, że oto został kronikarzem katastrofalnego zastoju, zakrzepu, nie mogącego wyłonić z siebie skoordynowanych, zhumanizowanych struktur, kontekstów, gdzie w miarę stabilnie można by osadzić narrację o współczesnym człowieku, („na setne urodziny claude’a levi-straussa”), zebrać w całość strzępy dawno a – jak się domyślamy – bezcelowo zdekonstruowanych mitów („miasto zawinionych dzieci”). Taki zabieg złagodziłby może dotkliwość metafizycznego pesymizmu („o obrotach ciał niebieskich”). Bo na tej ziemi jałowej, nawet cykle natury nie przyniosą nadziei na zmianę.
Wzorzec odczytywania świata przećwiczony na materii urbanistyczno-technicznej, zabiera poeta w podróż do Czech („ostrava”), do wnętrza ciała zamieszkanego przez płód („prenatalny”), wiezie go przez Gruzję.
Tomik zwycięsko wytrzymuje porównanie z debiutancką książką tegoż autora („Przebicia”, Warszawa 2005). Lepiej skonstruowany niż debiut i to na wszystkich liczących się w odbiorze poziomach. Wyraźnie widać, że poeta bez wytchnienia testował możliwości swej dykcji. Prawda – inspiracje ma zacne i wie, jak z nich skorzystać. Skłonnością do budowania racjonalnych, przejrzystych gramatycznie, harmonijnych wizualnie, przenośni przyznaje się do terminowania u przedstawicieli pierwszej awangardy: Peipera i wczesnego Przybosia. Na własne ryzyko, z pełnym powodzeniem rozwinął jednak strategię, którą tutaj można nazwać poetyką fotografii sytuacyjnej (por. „park ludowy im. wincentego witosa, bydgoszcz”) zmierzającą do przekształcenia sumy spostrzeżeń w ikoniczny znak-zapis zdarzeń lub okoliczności.
Piotr Wiktor Lorkowski (www.piotrwiktor.blox.pl)
http://piotrwiktor.blox.pl/2011/06/Krzysztof-Ciemnolonski-Eskalacje-Wydawnictwo.html






